Aktualności
LISTA OBECNOŚCI ZAKOŃCZONA!
Wydarzenia

środa, 22 maja 2013

Let Me Fade




                                                                                                                                           >Umilacz<


Chłopak nie mógł znaleźć sobie miejsca w całym tym małym pomieszczeniu, który był jego pokojem w porcie. Ale również nie mógł wyjść na dór przez szalejący na dworze deszcz. W takie dni nawiedzają widma przeszłości każdego z nas...
                 -Która to już Inkwizycja?- starszy mężczyzna pod pięćdziesiątkę, zaśmiał się trzęsąc swoim brzuchem. Branwalather tylko skinął głową i ponownie wskazał na jego karczmę- Nie ma w tym nic śmiesznego. Z rozkazu Świętego Kościoła, mam przeszukać pańską karczmę i zabić każdego magicznego osobnika- chłopak patrzył przed siebie. Wybił tą formułkę na pamięć. Dobrze wiedział iż gospodarz skrywa co najmniej sześć magicznych istot. Sześć! To była obraza Świętego Kościoła. Mężczyzna westchnął głęboko i obniżając głos odpowiedział- Co oni wam zrobili? Przecież też są po części ludźmi- położył swą masywną dłoń na ramieniu młodszego Inkwizytora- A więc jak? Odpuść ten jeden raz synu- chłopak prychnął i strząsnął jego dłoń ze swego ramienia. Minął go w drzwiach i powiedział ozięble- Brać go, zostaje oskarżony o pomoc wrogom. Wykonanie wyroku za dwie godziny- gospodarz zatrząsł się gdy dwóch innych Inkwizytorów złapało go w żelaznym uścisku. Wyrok mógł być tylko jeden; śmierć. Tymczasem Branwalather wchodził już po schodach do góry cicho mamrocząc święte słowa do walki- „Posłałeś mnie abym zabił nasienie szatana”- otworzył pierwsze drzwi z kopa i zabił znajdującą się w środku młodą kobietę. Nawet jeśli była nie magiczna, nie można było ryzykować. I tak każde drzwi po kolei z nową pieśnią na ustach. Przy ostatnich drzwiach nawet się zawahał. Biła od nich naprawdę potężna moc. Wyjął swój błyskacz, aby w razie potrzeby porazić istotę. Otworzył drzwi jak pozostałe z kopa. Ujrzał kobietę wpatrującą się w okno. Powiedział chłodno- „Daj mi sił do walki z tym co plugawe i złe”- w tym momencie kobieta odezwała się niezwykle ciepłym głosem- Co plugawe i nieczyste? A czy my kogoś zabijamy? Czy zarzynamy wkoło innych jak wy to robicie?- chłopak wycelował w nią błyskacza. Powiedział spokojnie- Me zadanie to poświęcenie, obowiązek i przywilej- kobieta nagle zniknęła i pojawiła się zaraz przed nim stykając się prawie swoim nosem o jego nos. Uśmiechając się ciepło odparła- Dlatego zabiłeś cenne Ci osoby?- ciemnowłosy zadrżał. Wiedźma. Czyta w jego wspomnieniach… Zagryzł ze wszystkich sił zęby i obrócił dłoń z błyskaczem celując wprost w jej żebra. Ona pokiwała przecząco głową. W jednym momencie Branwalather nie mógł się ruszyć. Praktycznie warcząc odrzekł wpatrując się jej w oczy- „Oto Panie wróg nieopisany, pomóż mi go zgładzić ku Twej chwale”. -Kobieta zaśmiała się donośnie i odparła ciepło- Syczysz i jeżysz się niczym kot~ A więc i Nim bądź- powiedziawszy pocałowała go. Chłopak poczuł niezwykły ból w skroniach. Po chwili mógł już się ruszać, więc bez chwili wahania wystrzelił z błyskacza. Przy zerowej odległości od lufy, wiedźma padła od razu martwa, z wielką dziurą w miejscu lewego płuca. Chłopak tym czasem zachwiał się i upadł obok niej na podłogę. Wpatrywał się w jej puste oczy i ciepły uśmiech. Wkrótce stracił przytomność. Obudził go zapach dymu. Otworzył oczy i z przerażeniem stwierdził iż nadal znajduje się w gospodzie, która teraz została podpalona. Ale dlaczego go nie wyciągnęli?! Spróbował wstać lecz czuł się naprawdę dziwnie i ociężale. Postanowił zawołać kogoś na pomoc. Nabrał powietrza w płuca i krzyknął. Lecz zamiast wezwania usłyszał głośnie miauknięcie. Otworzył szerzej oczy i wstał na czterech łapach. Wpatrywał się w nie z przerażeniem, ciągle w głowie powtarzając mantrę „Panie pozwól mi pokonać złe siły i stanąć na powrót do walki”. Udało mu się uciec z płonącego
budynku. Wiedział iż nie ma w takiej postaci szans tłumaczyć się, skoro i tak wezmą go za zwykłego kota. A więc uciekł w las. Chciał jakoś dotrzeć do głowy Świętego Kościoła, ale w tej postaci? Nawet gdy zamienia się w człowieka, to uszy i ogon naprawdę zdradzają iż jest.. właśnie czym? W ciągu swej podróży wielokrotnie podchodził do samobójstwa. Skoro jest istotą magiczną to czyż nie tak powinien postąpić? Dążył cały czas do jednego miasta. O którym było dosyć często wspominane w dokumentach i raportach. Do miasta, które go w szczególności niepokoiło. Sam pisał wiele pism do Ojca Świętego aby szturmem je wziąć ze względu na ilość magicznych istot. Lecz zawsze zostawał wzywany do gabinetu, a Najwyższy uśmiechając się ciepło odpowiadał iż lepiej jest tak jak jest, iż taka jest wola Pana…
             
     
Potrząsnął głową budząc się. Zwykły sen. Zeskoczył ze swojego łóżka w postaci kota, przeciągając się przy tym. Już był trochę w Norrheim. Zmienił się. Wiele osób wpłynęło na to w mniejszym bądź większym stopniu. Ważne iż żył..
                                      
                                          „Me życie składam w twe dłonie Mój Miły Panie”
Nazywa się Branwalather Eixcyt Naindalin Sekan lecz podaje się jako Kot. Nie chce swego imienia i nazwiska nawet wymawiać gdyż wie iż jest ono zaszczytem dla Kapitana Pierwszej Szturmowej Jednostki Kościoła Świętego. Dla niego, ten zaszczyt i honoryfikacje były wszystkim. Teraz jest zmiennokształtnym. Kotem na dodatek. Jednakże przez ten cały rok i jego myślenie zaczęło się zmieniać. Teraz, bez zbroi Zakonu i bez oręża, bez problemu może wnikać w tłum magiczny. Przekonał się iż nie są do końca tacy, jak reprezentuje ich Święty Kościół. Nie są bestiami. Są w połowie ludźmi. Chciał kiedyś porozmawiać o tym z Ojcem Świętym, lecz po rozmowie z pewnymi istotami magicznymi, porzucił ten cel. Szuka teraz sensu, czy też bardziej można rzec iż celu w swym życiu jako istota magiczna. 
                                                      „Panie dodaj mi sił w tych mrocznych czasach”
                Często znika. Od po prostu, nie czuje się zobowiązany tłumaczyć się komukolwiek z tego gdzie znika czy też co wtedy robi. Nie ma przyjaciół. Ludziom woli nie ufać gdyż nie każdy stanie w jego obronie, natomiast magiczne istoty… faktem jest iż sam nim jest. Ale jak zaufać istotom które zabijał i o których słyszał tyle strasznych historii? Na początku dokuczało mu to niemiłosiernie: samotność. Jednak z czasem zaczął ją lubić. Co prawda, zapewne lepiej podróżowało by się chociażby z jednym towarzyszem; gdyby się znalazł taki któremu potrafił by zaufać… Zawsze czujny. Słucha uważnie nie tylko osoby z którą rozmawia ale również odgłosów w koło, dzięki swoim kocim uszom. Nigdy się nie poddaje, chociażby nie wiadomo jak w przegranej pozycji się znajdował. Nie zna umiaru-szczególnie w pyskowaniu lub mówieniu wprost co sądzi. Od czasu do czasu lubi powtarzać cicho pod nosem, Święte Sentencje; pamięta je i chce pamiętać nadal- to one dodają mu sił. Przez swój nie wyparzony język i  pakowanie się tam gdzie nie trzeba, wiecznie chodzi zabandażowany. Uśmiecha się zawsze; choćby nie wiadomo jak bardzo byłby smutny. Jest w mieście od niedawna a już próbuje coś zdziałać. Często ostrzega domostwa na skraju miasta lub we wsiach obok przed spieszącymi do nich pojedynczymi jednostkami Inkwizytorów. Sam nie wie dlaczego to robi. Niektórzy, którzy dostali drobną pomoc od niego, w tej czy innej postaci, zawsze mówią: Ciemny kot- nowy znak szczęścia!
                               „Niech Cię prowadzi ręka boska- abyś szczęśliwie wrócił do domu”
                Chłopak, 24 lata, 178cm wzrostu, wygimnastykowany i zwinny, półdługie ciemne włosy. Kolor oczu zależny od nastroju, od ciemnej zieleni niczym środek puszczy po jasną zieleń oświetlonej łąki. Źrenice rozszerzają się i zwężają w razie potrzeby, lecz także gdy nad czymś myśli lub wyczuwa zagrożenie czy też czegoś się boi i tak dalej. Bandaże czy też inne opatrunki, wszędzie, na rękach, na nogach, na szyi, czasami cały zabandażowany a czasami chodzi z bandażem na przykład tylko wokół nadgarstka. Biseksualny- tak przynajmniej utrzymuje; nigdy nie miał okazji sprawdzić tej teorii. Lubi najbardziej to co każdy kot-mleko i ryby- można by rzec iż to jego pięta achillesowa. Kocimiętka działa na niego jak narkotyk. Ma swój notesik w którym zapisuje gatunki i imiona poznanych istot magicznych; kataloguje je. Niektóre podziwia a niektórych naprawdę się boi. Lubi zbierać kwiaty od kiedy wiedźma zamieniła go w kota- nie wie dlaczego ale uważa iż to po prostu zwykła złośliwość losu. Śpi gdzie popadnie w postaci kota: strychy, wycieraczki, parapety. Nie jest to może wygodne, ale nie lubi się komukolwiek narzucać. Za coś musi jednak kupować jedzenie więc jak na razie dostarcza ważne listy i telegramy w obrębach miasta- zazwyczaj niesie wiadomości z portu. Lecz także donosi małe paczki. Czasami jeszcze gubi się w mieście, ale szybko odnajduje właściwą drogę. Potrafi słuchać i zapamiętywać, więc jeśli ktokolwiek szuka informacji  na jakikolwiek temat; kieruje się właśnie do niego. Teraz często nazywa port swym domem; co jest po części prawdą. Każdy rybak który tam pływa, wie dobrze kto to "Kot". Często chodzi do kościoła, aby pomodlić się i wypytać księży, by dodać sobie samemu otuchy i woli życia. Płaszcz z kapturem i chowanie ogona ułatwia mu to zadanie.
Aktualnie zostawił swój doczesny cel życia. Próbuje odnaleźć się na nowo, z nowym życiem jako istota magiczna. Jednak nadal wierzy w Święte Sentencje czy też Modlitwy. Lecz oczywiście rozumie je na swój sposób. Nadal stara się iść drogą Pana, nie w sposób jaki nauczał go Zakon. 


„Tobie oddaję całe swe życie, do Ciebie uciekam się po Twą łaskę, dla Ciebie przelewamy krew bezbożników, o Tobie śpiewamy chwalebne pieśni, Panie Przenajświętszy wesprzyj więc swych sług w słusznej walce”



(Chętny na wszelkie wątki w komentarzach~ Proszę także zgłosić wszelkie skargi lub niedomówienia. Za które z góry przepraszam.)

niedziela, 12 maja 2013

Niespokojna dusza we mnie jest...


Eluari

104 lata - w skali salamander to dopiero wejście w dorosłość, takich zbyt poważnie się nie traktuje...

Dostarcza zioła i inne składniki do leków i mikstur na zamówienie, w końcu po latach wędrówek po puszczach, bagnach i innych niegościnnych miejscach zna się na nich doskonale, poznała też sposoby jak się do nich dostać. Z jej usług korzystają alchemicy, uzdrowiciele i pracownicy szpitala w Norrheim, jedynie do niejasnych eksperymentów magów o wątpliwej reputacji stara się nie przykładać ręki. Bo i po co ściągać na siebie kłopoty, skoro i bez tego życie nie jest łatwe...


Trudno powiedzieć, co właściwie wygnało młodą salamandrę z rodzinnego Griakhanu, kraju pustyń i wulkanów. A stało się to stosunkowo wcześnie, ledwie Eluari nauczyła się podróżować, kierując się znakami nieba i ziemi. Mówili niej "niespokojna dusza", żartowali na temat tego, czego może poszukiwać, ktoś wyraził nadzieję, że jak dorośnie, przejdzie jej i powróci do twardego, ale spokojnego życia, wśród mało urodzajnych ziem i palących promieni słońca.

Los nigdy nie był łaskawy dla tych wytrzymałych krewniaków smoków, nigdy dłużej niż ćwierć pokolenia plemiona nie posiadały własnego skrawka ziemi. Salamandry wędrowały tak, jak nakazywała im zmieniająca się pustynia, gdy wiatry grzebały pod piachem ich domy, nigdy jednak nie myślały o opuszczeniu niegościnnego Griakhanu. Kochały wiernie ten zakątek świata, w którym czas zdawał się płynąć znacznie wolniej niż gdzie indziej, kochały spokój, jaki zapewniało im małe zainteresowanie innych narodów tymi terenami. Czuły dumę z tego powodu, że Słońce, dla nich najwyższy bóg dający życie i śmierć, pozwalało im pozostać w kraju, nad którym miało tak bezwzględną władzę.

Eluari, jako nawykła do ciężkich warunków, wędrowała niestrudzenie kilkadziesiąt lat, w czasie których doskonale poznała naturę i nauczyła się szacunku do jej potężnych sił, zyskała też wiedzę, z której obecnie czerpie korzyści i która stanowi źródło jej skromnych dochodów. Zainteresowana krainami tak odmiennymi od rodzinnych stron, tymczasowo osiedliła się w Norrheim, gdzie szybko znalazła klientów. Cierpliwość i pracowitość pozwoliły jej uskładać oszczędności, za które zamieszkała w niewielkim domku w portowej dzielnicy. Z mieszkania w takim sąsiedztwie czerpie korzyści w postaci najnowszych wieści z dalekich stron i możliwości skupowania od powracających z dalekich wypraw marynarzy towarów pochodzących z innych części świata.
Jest tolerancyjna dla różnorodności kultur, z którymi się styka, z rosnącym niepokojem obserwuje jednak umacniającą się pozycję wyznawców Świętego Kościoła. Jako istota z natury pacyfistyczna, nie popiera działalności sług papieża, ich metody "krzewienia wiary" budzą w niej zdecydowany sprzeciw.
Pozostaje wierna wierze swoich przodków, najwyższą czcią otacza Słońce, ma szacunek dla każdej istoty, darzy respektem nieprzewidywalne żywioły. Jest wegetarianką, nie wyobraża sobie, że dla własnego nasycenia miałaby odebrać życie jakiejś bezbronnej istocie.
Eluari nie wiąże z Norrheim całej swojej przyszłości, ma świadomość czekających ją wieków życia, w czasie których zamierza doświadczyć i poznać jak najwięcej. Chwilowo nie planuje zmiany miejsca, ale kto ją tam wie, co do tej niespokojnej głowy strzeli...

Jak wszystkie salamandry posiada odporność na ogień, trucizny i choroby, oraz duże zdolności regeneracyjne. Zwinność i wyczucie równowagi pozwoliły jej opanować techniki walki wręcz, broni używa bardzo niechętnie, najczęściej jest to krótki sztylet. Nie atakuje, zabije jedynie w obronie własnej albo bliskich. Zwykle opanowana, w sytuacjach, kiedy musi pomścić czyjąś krzywdę, staje się bezlitosna i zawzięta.






[W ogóle nie podoba mi się ta grafomania powyżej, ale już najwyższy czas, żebym kartę opublikowała, więc daję na razie to. Pewnie z milion razy to zmienię, więc błagam o cierpliwość i wyrozumiałość.]

Morituri te salutant...

Kiedyś...

Nie znane ci będzie uczucie ciepła, w mrokach nocy żył będziesz a smak krwi nie będzie ci obcy. Zatrze się twoje imię, a zwać od tej chwili będziesz się Charonem. Pod tym imieniem strach będziesz wzbudzał wśród kobiet, dzieci i mężczyzn, a duchy zbłąkane znajdować będą wybawienie w twojej osobie. Odbiorę ci duszę, będziesz mój. Rozkaz mój życiem twoim, słowa me twą drogą. Takim obolem płacił będziesz za zemstę, której pragniesz.

Nigdy nie marzyłem, że odnajdę szczęście na ziemi. Mimo wiążących mnie rozkazów odnalazłem cząstkę wolności w Twoich ramionach. W końcu wiem, czego chcę. Chcę żyć z tobą wolny od bogini łowów. Znajdę na to sposób. Proszę, czekaj na mnie nazajutrz po zmroku. 
Charon


Los bywa wyjątkowo okrutny, zwłaszcza kiedy ma się do czynienia z podłymi, przebiegłymi, często również okrutnymi bogami.  W układach z nimi nie można tracić czujności. Stawką często jest życie lub też... dusza.

Należysz do mnie! Do mnie, rozumiesz!? Nigdy już nie zobaczysz ziemi... Nigdy!

Pierwsze co poczuł, kiedy się ocknął to zapach stęchlizny i lepkie błoto w którym leżał. Gdy się poruszył, zabrzęczały kajdany na rękach i nogach. Uświadomił sobie, że znów go oszukała. W swoim egoizmie zapomniała o wiążących ich zasadach. Jednak dobrze przygotowała swój plan. Nie mógł jej teraz zrobić nic. Przesączone zaklęciem ściany lochu odbierały mu wszystkie siły. Zaciskając zęby w bezsilnej wściekłości oparł się plecami o śliską, zimną ścianę. Tak bardzo nienawidził zimna...
Czerwone oczy błyszczały gniewnie rozświetlając mroki celi. Czekał na pierwszy błąd bogini łowów. Krople brudnej wody padające z krzywego sufitu odmierzały mu czas. Pragnął zemsty...

Ogień trawił piękny pałac, w którym mieszkała bogini łowów. Krwista łuna pokryła 
granatowe niebo tłumiąc blask gwiazd. Trzask płomieni szeptał złe zaklęcie.
W dużych, zielonych oczach bogini odbijał się ognisty strach.
- Nie, proszę...
- Złamałaś zasady, które sama ustaliłaś.
- Charonie, błagam, to nie tak!
- Byłaś tak zaślepiona, że sama nie zauważyłaś kiedy mnie uwolniłaś.
Żegnaj, Artemido...
Złe zaklęcia ognia przerwał pełny bólu, kobiecy krzyk.

Teraz...

     Długo przyglądał się swojej postaci w szklanej tafli lustra. Już zapomniał jak naprawdę wyglądał. Czerwone włosy zastąpiły czarne, nieco krótsze kosmyki, niebieskie oczy utraciły dawny, demoniczny szkarłat.  Rześkie powietrze wypełniało płuca. Czuł ciepło bijące od paleniska. Był sobą. W końcu, po tylu latach był po prostu sobą.
Chociaż może nie do końca? 
Wciąż czuł drzemiąca w nim moc Cienia. Tkwiła w jego wnętrzu, uśpiona gdzieś w głębi duszy. Wiedział, że może przywołać ją w każdej chwili, znów przemienić się w podróżnika między światami, widzieć demony, przeprowadzać dusze. Jednak czuł się już tym zmęczony. Chciał po prostu wrócić do domu, odpocząć od tego wszystkiego, zaznać odrobiny spokoju. Nie śpieszyć się nigdzie, nie zastanawiać się co przyniesie jutro.  
     Z każdym dniem stawał się coraz bardziej niecierpliwy. Każdy kolejny krok Whispera przybliżał go do domu, toteż popędzał wierzchowca z każdą chwilą coraz bardziej niecierpliwy. Wstrzymał jednak konia. Rozejrzał się dookoła ze zgrozą.
Miejsce, które ponad pół roku temu stało się jego domem, przestało istnieć. 
Wraz z nim przepadła kobieta, do której wracał.

Nie wierzył jednak, aby zginęła. Czuł, że jest gdzieś tam, w świecie i ją odnajdzie, choćby miał pieszo przejść cały wszerz i wzdłuż. Wściekłość błysnęła demonicznym szkarłatem w jego oczach. Szarpnął wodze Whispera i zawrócił. Pognał galopem, oddalając się od pogorzeliska. 
Odnajdę cię. Gdziekolwiek jesteś.

Przestał liczyć kolejne miejsca w których był poszukując rudowłosej wiedźmy. W ilu nie swoich bitwach walczył tylko po to, aby móc iść dalej. Ile istnień ocalił, a ile zniszczył. Nie zaznał upragnionego spokoju, póki nie dotarł do Norrheim. Kiedy to w strugach ulewnego deszczu na jednej z ulic dostrzegł tą, której obiecał powrót.  
Jego podróż wreszcie się skończyła.

 Marcus Veturius
39 lat.
Stolarz
Kiedyś człowiek, później Cień teraz... Cień, który odzyskał swoją duszę.

Wędrujący Między Światami.
Pogromca demonów.
Charon, przeprowadzający dusze umarłych. 


Dawniej nieco zdystansowany, oschły samotnik, teraz optymistycznie nastawiony do życia, spokojny, przyjacielski mężczyzna. Odkąd doświadczył przemiany, nie tylko zmienił się jego wygląd, ale również charakter. Nabrał większego poczucia humoru, stał się bardziej otwarty na innych, chociaż w dalszym ciągu nie jest zbyt wylewny. Potrafi dogryźć, jest to jednak u niego objaw sympatii niż wrogości. Odkąd znalazł się w Norrheim pragnie odpocząć od wiecznych bitew i walk o życie, toteż odłożył miecz na bok, na rzecz spełniania się jako stolarz, gdzie nie trzeba nikogo pozbawiać życia, ani też nie narażać swojego (a przynajmniej w mniejszym stopniu niż przy wymachiwaniu mieczem.) Kiedy jednak coś zagraża jemu, a zwłaszcza jego ukochanej odrzuca na bok pokojowe nastawienie, gotów siekać i rąbać każdego, kto tylko zechce zakłócić ich spokój. Wciąż pamiętając o swoich obowiązkach co jakiś czas wędruje między światami przeprowadzając zabłąkane dusze.


[Cudów nie ma, nie umiem pisać KP xD Starałam się jak mogłam, karta będzie edytowana, poprawiana i tak dalej, dlatego wdzięczna będę za wszystkie uwagi, co należałoby poprawić :D
Tak. Charon powraca. Tak, zrobiłam z niego robola. Niedobra ja x)]

piątek, 10 maja 2013

Powinno się kochać błyskawicę, nie blask


      Heshtje. Pod tym mieniem kryje się pewna Wiktoria rodu Gromu herbu Błyskawicy. Za wszelką cenę chce zachować w tajemnicy swą prawdziwą tożsamość, jednak pierścień z niebieskim kamieniem skutecznie nie daje jej zapomnieć. Dziewczyna nie zna swych krewnych. Matki wcale nie pamięta, a szalonego ojca zabiła wraz z przyjacielem, którego uparcie przezywa Marchewką. Heshtje domyśla się, że dalsza część rodziny zginęła z ręki Mitasa. Potężny mag elektryczności wciąż łaknął jak największej mocy, której sednem jest właśnie krew rodziny.
 

     Hesh, to niepozorna dziewczyna o  rudych włosach. Spod miedzianej czupryny na świat spogląda miodowymi oczyma. Pogodna twarz na której prawie zawsze widnieje delikatny uśmiech. Ma smukłe, zwinne dłonie. Między palcami pojawiają się figlarne iskierki, gdy jest pod działaniem silnych emocji. Ubiera się przeważnie w ciemne, proste suknie, a gdy jest chłodniej przybiera jeszcze czarny płaszcz z kapturem. Nosi lekkie ubrania, które nie krępują w żaden sposób ruchów. Wygoda przede wszystkim. Nie afiszuje się żadnymi błyskotkami, jedynie pierścień z niebieskim oczkiem zdobi jej palec.

" Weź uczucia swoje, niech poprowadzą Cię
I logiki prawa wszystkie spal, niech nie kuszą Cię!" Plateau

     Dziewczyna jest zmienna jak pogoda. Przed chwilą się smuciła, a teraz śmieje się do rozpuku. Cała Hesh, która również jest miła, sympatyczna i chętna do pomocy. Swym najbliższym z całego serca pragnie przybliżyć nieba, choć często czuje się niedoceniona. Uwielbia, wręcz kocha wszelakie zwierzęta. Cierpi, kiedy ktoś czyni im krzywdę, bądź przyjaciołom. Jest sentymentalna i nienawidzi czuć się bezradna.

Cud miód, co nie? Ale, ale...

Te oto niepozorne dziewczyna potrafi być obojętna oraz zabić bez wyrzutów sumienia. Kocha zapach krwi, chłód ostrza i ból ofiary. Śmiało można powiedzieć, że jest szalona. Potrafi być nieobliczalna.

     Od kiedy pamięta, podróżowała po świecie ze względu na pracę. Na samym początku występowała na licznych jarmarkach, jako połykaczka ostrzy. Potrafiła schować w przełyku jak najdłuższy miecz, uchodząc z tego bez szwanku na zdrowiu. Później zamiast połykać, zaczęła nimi rzucać i bronić się.

      Kto jak, kto , ale panna Heshtje ma bardzo dobry refleks oraz wzrok. Zabijała na zlecenie, aż do przyjazdu do Norrheim , gdzie odkryła swój talent, dzięki Aileen. Zaczęła malować obrazy i sprzedawać je na targu. Tylko czasem zgadzała się wykonać zlecenie, które porawiło by jej sytuację w mieście. Po kilku miesiącach zniknęła nie pozostawiając żadnego śladu. Mieszkańcy zaczęli nawet rozpowiadać o jej rzekomej śmierci. Prawdą jednak jest, że udała się w daleką podróż. Poszukiwała miejsca, gdzie mogła znaleźć spokój, gdzie mało kto potrafił dotrzeć.
Poprzez wyciszenie się chciała opanować moc tkwiącą w jej ciele, a gdy tego dokonała, przekroczyła granice człowieczeństwa. Przez pewien czas była jedynie zlepkiem emocji i siły nadprzyrodzonej. Bez ciała.
Teraz wróciła do Norrheim pewniejsza siebie z opanowaną, drzemiącą w niej siłą, chociaż czasami gdy emocje przejmują kontrolę...

"Po pierwsze to ja lubię być sam
Raz na jakiś czas - zupełnie sam." Plateau

     Dziewczyna uwielbia przebywać na łonie natury. Nie potrafi skryć w głębi duszy, że jest romantyczką, która kocha piękno przyrody. Często można ją znaleźć w sercu lasu siedzącą na grubym konarze, bądź beztrosko leżącą na zielonej trawie. Wspinała się nieraz na same szczyty napotkanych gór.

Niebieski kamień otoczony srebrnymi gałązkami tworzy pierścień, który rudowłosa wkłada na palec. Prawdę mówiąc, to on już nie ma tak wielkiego znaczenia. Wcześniej był ogniskiem mocy,a teraz jedynie przypomina jej prawdziwą tożsamość i oczywiście zdobi dłoń.

To cacko było tak jakby małym wampirem, ponieważ kamień wysysał krew rodu Błyskawicy, by przybrał na mocy. Nikt jednak nie wiedział, że aby uzyskać szczyt siły, należało całą moc klejnotu przyjąć do ciała, organizmu. Tak też uczyniła Heshtje, by ratować siebie i odebrać rodową pamiątkę. Pierścień, kiedy spełniał swą prawdziwą rolę, wyglądał prawie tak samo. Gdy kamień przepełniała magia krwi, stawał się błękitny, prawie całkiem biały.

    Hesh posługuje się srebrnymi nożami do celnego rzucania i jednym nożem myśliwskim. Nie poskromi się jednak od władania również innym ostrzem, chociaż swoje rzutki uważa za najwygodniejsze oraz praktyczne. Broń chowa w rękawach, a także przywiązuje je do łydek.

    Od pewnego czasu rudowłosa dość często podróżuje po zmroku na złotym smoku o imieniu Amon. Jest jej przyjacielem, który tak naprawdę zwie się Drawen, gdyż jego właściwa postać jest ludzka.Czarny płaszcz skrywa postać młodego mężczyzny. Swe oblicze zasłania kapturem.
Wprawdzie, to nawet Heshtje nie miała się dowiedzieć o jego przemianie. Pewnego razu Drawen zjawił się w gadziej formie, kiedy rudowłosa została zaatakowana przez mężczyzn, którzy pragnęli potęgi jej pierścienia. Amon ocalił dziewczynę, a ona w zamian miała chronić go przed łowcami. Uroczy smok ma jednak kilka spalonych wiosek na sumieniu, dlatego zapewne znajduje się na niejednej czarnej liście. Mężczyzna swe prawadziwe oblicze ujawnił pod koniec jednej z podróży.
Jako gad jest olbrzymem pokrytym złotymi, mieniącymi się łuskami. Z jego grzbietu wyrastają wielkie skrzydła. Gdy nimi trzepoce, nieumyślnie powoduje silny wiatr.
Ważne jest jeszcze wspomnieć, że to właśnie on załatwił Heshtje pracę jako morderca.

~~~~~~~~~~~~

Witam! Hesh powraca. Co Wy na to? Na wątki chętna jak zawsze.





czwartek, 9 maja 2013

Carpe Noctem


   Nazywa się Will Hyantell, urodzony w 549 roku, w niewielkiej miejscowości Branthla, na wschodzie Królestwa Valnwerdu. Szlachcic z ziejącym ogniem kurczakiem w herbie, dziedzic dwóch spalonych przez smoka z czkawką wiosek wychowany w rynsztoku. Na chwilę obecną wąpierz plugawy. Życiowy nieudacznik, zaczął żyć naprawdę, jak już nie żył.
    W życiu robił wiele rzeczy, był między innymi stolarzem z artystycznym skrzywieniem, czy skrybą. Ostatnie siedem lat zajmował się złotnictwem i to podoba mu się najbardziej.
Nie ma żadnego stałęgo zajęcia. Nie potrzebuje wiele pieniędzy do przeżycia, a te zwykle kradnie. W awaryjnych sytuacjach podejmuje się przepisywania ksiąg, rzeźbienia figur na ołtarze czy innych tego typu zajęć.


"Stary złośliwiec, idiota, gaduła, oszust, cwaniak, hipokryta, komik, tchórz... Ale przyjaciel dobry. "
~Klecha
    Pozbawiony wszelkiej moralności wesołek, błazen i morderca jednocześnie.  Ludzi dzieli na dwie grupy. Tych, których zabić można i tych, których zabić raczej się nie powinno. Nie jest sekretem, że innych traktuje przedmiotowo, rzadko widząc w nich coś więcej niż przedmioty, narzędzia, pożywienie. Ludzie są dla niego czymś, co zajmuje mu czas, zabawia go i pozwala żyć. Bawi się kosztem innych i nie widzi w tym nic złego.
    Potrafi zabić z nudy. Wydaje się, że myśli jakoby cały świat był teatrzykiem stworzonym po to, by go zabawiać. Do konkretnych jednostek odnosi się złudnie przyjaźnie, choć nie ma w zwyczaju się przywiązywać. Jeśli już ktoś zburzy mur zaczyna zaliczać się do grupy, tych, które raczej nie zostaną zabite z powodu nudy. Przynajmniej w tym tygodniu. Nie lubi myśleć o sobie jako o członku jakiejkolwiek społeczności i nawet w Norrheim wszelkie zasady traktuje z przymrużeniem oka, stwierdzając, że go nie dotyczą. Wbrew pozorom jednak uwielbia towarzystwo. Nie przywiązuje się do miejsc, ludzi czy przedmiotów, choć bywają nieliczne wyjątki, takie jak rodzinna wioska Branthla, jego siostra i pierścień z herbem bazyliszka.
"Bywa nieobliczalny... Tak właściwie nigdy nie przewidzisz co do tego głupiego łba strzeli."
~Klecha
    Jego filozofia życiowa ma jedną niezmienną cechę; nie istnieje. Kiedy ma za dużo czasu, idzie próbować się bezskutecznie upić, a nie marnuje czas na bezsensowne zastanawianie się nad sensem istnienia. Bo o sensie życia martwym mówić nie wypada. Wynn jest absolutnym oportunistą i nie widzi w tym nic złego, pojęcia poczucia winy nie zna, a dobro i zło uważa za bardzo sensowny wynalazek… pomocny w pisaniu bajek. Tchórz. Egoista. Materialista. Złośliwiec. 

"Honor? Chyba w snach. Uczciwość? Ponoć nie kłamie, ale potrafi oszukiwać tego nie robiąc. Odwaga? Co? On i Odwaga? Proszę..."
~Klecha
    Największą wartością jest dla niego życie.
    Swoje osobiste. I swoje dobre samopoczucie. I komfort.
   W przypadku zagrożenia stosuje starą jak świat metodę ratunkową zwaną „nogi za pas”. W czym jak w czym, ale w uciekaniu jest mistrzem…


"Wampir - wesołek, co jak kot chadza własnymi drogami."
 ~Heshtje
"Dzika zboczona świnia!"
~Kaien




„Wynn to cyniczny hipokryta i bawidamek o którym można powiedzieć, że cokolwiek robi to robi to tylko dla siebie. Jeśli powie ci, że cię nie skrzywdzi, to spodziewaj się, że wbije nóż w twoje plecy, jeśli tylko będzie pewny, że nie pociągniesz go za sobą do grobu. Kłamie i wykorzystuje ludzi i nieludzi dla czystej przyjemności ten pieprzony krwiopijca.”
 ~ Namor





„William to dziwna, arogancka i bezczelna pijawka. Zawsze wszędzie wtyka swój wścibski nochal i wtrąca się do każdej rozmowy, nawet jeśli jest o nim, by dorzucić swoje zwykle nic nie warte trzy grosze. Nie umie być poważny choć się stara, co mu i tak marnie wychodzi. Do tego wytyka wszystkim ich błędy nie widząc siebie, ogólem narcystyczna świnia. Należy również dodać, że jest beznadziejnym wampirem, choć robi co może. Podsumowując Wynn jest pijawką udającą skrzypka na dachu.” 
~Apayan

     Nie pomyślałbyś, że to wampir. Nie ma znowu aż tak jasnej skóry, kły chowa... Na pewno wyobrażałeś sobie jakoś wampira, prawda? Jakkolwiek, ale nie tak!
     Na pierwszy rzut oka jest osobą całkowicie niewyróżniającą się z tłumu. To mu też najbardziej odpowiada, nie lubi zwracać na siebie zbędnej uwagi, co i tak notorycznie robi przez swoje wyjątkowo przyjacielskie nastawienie do świata. Nie cierpi podnosić głosu i właściwie nigdy tego nie robi, unika zwad i burd, wymawiając się starczym wiekiem, toteż wielu nie zwraca na niego kompletnie uwagi. Od razu wzbudza sympatię, wydaje się być spokojnym, przyjaznym człowiekiem. Czasami aż ciężko uwierzyć, że nim nie jest. Koło sześciu stóp wzrostu, człek postury dość przeciętnej, nie może popisać się nadzwyczajnym umięśnieniem, ale mimo szczupłości nie można nazwać go cherlakiem. Brązowe, kręcone włosy i oczy w tym samym kolorze, jednak skrzące się jak u kota, szczególnie w ciemności. W jego ślepiach widać zwykle wszystkie, najdrobniejsze nawet emocje jakie aktualnie odczuwa. Doskonale o tym wie i niezbyt mu to przeszkadza. Kiedy chce potrafi przybrać chłodną maskę, tak, że jego myśli stają się nieodgadnione... ale po co?
    Nie przywiązuje wcale uwagi ubioru, wciągając na siebie to co akurat nawinie mu się pod rękę. Zwykle są to ubrania w barwach brązu, beżu i szarości; chłopskie koszule (a i czasem białe i miękkie, jakby z szafy możnego), luźne spodnie i ciemne, jakby trochę zbyt duże płaszcze. Na głowę często ubiera czarny kapelusz, który służy mu głównie do wymachiwania nim w parodiach dworskich ukłonów i puszczaniu spod niego całej gamy złośliwych uśmieszków. Wprost uwielbia wszelakie świecidełka. Taka mała, złotnicza mania. Na palce ubiera liczne pierścienie, na szyi nosi ciężki, zniszczony medalion w którym niegdyś był uwięziony demon.

 William "Wynn" Hyantell | Wampir | 63 lata



POWIĄZANIA

[ Witam, witam. KP niekompletna, wybaczcie. Nie umiem pisać krótkich i sensownych kart... ]

poniedziałek, 6 maja 2013

[Organizacyjna + Lista Obecności]

 Zanim ktokolwiek to przeczyta, pragnę zawiadomić, że nie mam daru do przekazywania ważnych informacji, więc może być ciężko, ale się postaram, bo owa notka bardzo nam się przyda. 

 Minęło już trochę czasu od "Wielkiej Reaktywacji" i z tego co udało się Nam zauważyć dołączyło wielu nowych członków, z czego zresztą wszyscy jesteśmy bardzo zadowoleni. Dlatego bardzo dziękuję wszystkim tym, którzy postanowili przekroczyć bramy Norr i wspólnie tworzyć bloga. 
 Chciałabym też przeprosić za ten początkowy "burdel", ale spróbujcie nas zrozumieć - też jesteśmy ludźmi, mamy szkołę, pracę, cholera wie co jeszcze i po prostu nie da się od tak na pstryknięcie palcami wszystkiego pozałatwiać. Dlatego mam nadzieję, że nie macie Nam tego za złe - staramy się jak możemy. 

No to teraz wypunktowane konkrety. Wierzę, że jak wszystko rozpiszę w osobnych akapitach, to będzie się wam to lepiej czytać, niż gdyby miało to formę spójnego tekstu. 

1. Po pierwsze i najważniejsze. Wiele osób zadaje mnóstwo pytań o to "Czy mogą zrobić postać jakąś tam i jakąś tam". Myślę, że zakładka Informacje  jest na tyle rozbudowana, że każdy znajdzie tam odpowiedzi na większość pytań.
a) Postacie bożków, bogów, zarówno tych upadłych jak i aktywnych są jak najbardziej dozwolone, ale pamiętajmy, że problematyka Baśni polega na inkwizycji prawie na każdym rogu (no dobra, przesadziłam trochę, ale chcę żebyście to zrozumieli ;d ). Fajnie by było, gdybyśmy o tym pamiętali prowadząc wątki, grając na czacie czy... kreując swoje postacie. Chyba oczywiste, że świątynia w centrum Norr jest równie bezsensowna co malowanie amelinium ( :D ). Ukryte świątynie, a także tajne spotkania wierzących są mile widziane (Czemu wszyscy nieludzie od razu muszą być ateistami, co? Jeśli chcecie, róbcie nawet i chrześcijan!) , ale bez przepychu. Jeśli wszystkie nasze postacie będą bożkami, to sama gra będzie nudna, a i nie starczy podziemi na świątynie :)
b) Wiem, że to jest powtarzane niemal na każdym kroku, ale i przesadzone (przepakowane) postacie typu "Mary Sue" oraz te pseudomroczne też nie są czymś super oryginalnym i kreatywnym. Oczywiście, rozumiem, że tworząc swoją postać widzieliście ją właśnie tak i nie wyobrażacie sobie teraz zmieniania jej, bo Pajka sobie coś wymyśliła, ale czytanie w każdej KP o tym jak to biedactwo straciło swoich rodziców, jest zamkniętym w sobie, owianym tajemnicą i strasznym wojownikiem ninja, którego nie da się zabić, bo jest takie hero itp. itd. jest naprawdę nużące. Nie twierdzę, że dokładnie wasze karty takie są, to już jest bardziej informacja na przyszłość, ale jeżeli ktokolwiek uważa, że jednak przesadził to przecież jeszcze można poprawić, tylko informujcie o tym ludzi, bo nie każdy codziennie przegląda wszystkie KP. 

 Jeśli macie jeszcze jakieś pytania co do kart, postaci etc. to piszcie bezpośrednio do Nas, lub pod postem.

2. Sprawa kolejna. Z tego co zauważyłam powoli zaczyna się robić nudno, no bo ile można pisać o tym, że siedzimy w Gospodzie i popijamy rum, co nie? Padł więc pomysł, żeby każdemu przydzielić jakąś misję, którą musiałby wykonać. Nie chcę jednak, żeby były to tematy za przeproszeniem "z dupy", więc może zaproponujcie na czym owe zadania miałyby polegać i czego się spodziewacie. No i najważniejsze - czy wszyscy są chętni. Co najmniej 51% członków musi być na "TAK", żeby cokolwiek zacząć.
No i fajnie by było, gdyby owe misje były jakoś powiązane. Nie musi to być opowiadanie fabularne, bo narzucanie terminów raczej nie jest dobrym sposobem na motywację, ale...
Co powiecie na to...
Do Norr już jakiś czas temu przybył szpieg Kościoła. Niestety, nawet najlepszym nie udało się go zdemaskować, chociaż nieludzie zdawali sobie sprawę z jego obecności. Mimo to jakimś cudem zdobył on dużo informacji na niekorzyść Świata Nocy. Teraz na ulicach naszego miasta jest jeszcze bardziej niebezpiecznie, niż wcześniej. Gdzie się nie obejrzysz czujne oczy inkwizycji obserwują każdy twój ruch i tylko czekają na potknięcie...
Ludzie budują stosy, stryczki tylko czekają na szyje zarówno tych winnych jak i niewinnych. Liczy się tylko jedno - brudna krew nieludzi. Niby nic nowego, ale jeszcze nigdy nie było tu tak wielu szpiegów. Mieszkańcy powoli zaczynają się buntować... 

To nie jest temat, chyba, że się spodoba. Chodzi głównie o sam motyw - niech coś się w końcu zacznie dziać! Zadania można wykonywać pojedynczo, ale działanie w parach nie jest zabronione. Trójkąty i inne tego typu sprawy będą już przesadą - przecież nie jest nas (jeszcze!) aż tak dużo...

Także tego - jeśli ktoś ma jakieś ambitne pomysły to śmiało pisać, przecież chodzi głównie o zabawę i frajdę z pisania, a nie o męczarnię, bo trzeba. 

3. Jeśli macie jakieś inne pomysły, niekoniecznie dotyczące wątków, ale na przykład wyglądu bloga, tworzenia postaci, czatu, klimatu itp. to piszcie śmiało w zakładce Administracja lub tu pod postem. Pragnę poinformować, że owa zakładka jest odwiedzana niemal codziennie. Proszę też wszystkich tych, którzy jeszcze tego nie zrobili o zapoznanie się z Regulaminem, ponieważ nie chcemy potem nieporozumień, prawda?

Przypominam więc jeszcze raz, żeby zwrócić uwagę na realia panujące na blogu, bowiem możemy naprawdę czasem zrobić sobie niezły burdel. No i szanujmy się nawzajem, no bo przepraszam, ale nie chcemy sytuacji, gdy ktoś odchodzi z bloga, bo "Tu jest ktoś tam czy coś tam i on/a mnie irytuje". 

To chyba na tyle. Jeśli o czymś zapomniałam to proszę mnie trzepnąć w łeb, to dodam.... A TAK!

Potraktujmy tą notkę jako LISTĘ OBECNOŚCI, więc każdy, kto chce dalej aktywnie uczestniczyć w życiu bloga niech podpisze się tutaj do ... 20 MAJA 2013r. i wyrazi swoje zdanie na temat pkt. 2.

Pozdrawiam serdecznie,
Apayan.

P.S. Ludzie, jesteście naprawdę świetni, nie spodziewałam się takiego zaangażowania, a tu takie miłe zaskoczenie. Dosłownie motywujecie Nas do dalszej pracy, za to jeszcze raz bardzo wam dziękuję!
 

niedziela, 5 maja 2013

"Feel Their Pain..."



 Vergilius Luciano Gonzagio

***


  Trzydziestodwuletni, wysoki, umięśniony. Jego twarz na co dzień przybiera wyraz znudzony, obojętny. Ma średniej długości czarne włosy, a szczękę zdobi kilkutygodniowy zarost. Ma charakterystyczny dołeczek w brodzie. Patrzy na świat niebieskimi oczami. Jest w pełni człowiekiem.

Zwykle ubiera się w bawełniane białe koszule, kamizelki i płaszcze obszyte futrem bądź zwykłe, z materiału. Prócz tego zakłada skórzane spodnie, których nogawki wkłada w cholewki butów zaciskane za pomocą trzech pionowo umiejscowionych pasków ze srebrnymi klamrami. Buty też z racji posiadania ostrogów nadają się do jazdy konnej. Na małym palcu lewej ręki nosi srebrny sygnet. Nie przepada za zbrojami płytowymi, woli bardziej luźniejsze i mniej krępujące ruchy modele. Jeżeli zajdzie potrzeba zakłada stalowy napierśnik wzorowany na zbroi żołnierza Cesarstwa Rzymskiego, parę nagolenników i naramienników oraz hełm gladiatora.



Jako, że nigdy nie zaznał biedy i nie ubrudził sobie rąk w prawdziwej pracy jest człowiekiem, który uważa że życie to sama przyjemność. Bez obowiązków, stresu można realizować swoje pasje nie martwiąc się o pieniądz. Przez to nie zrozumie podejścia większości ludzi. Nie przywiązuje wagi do ilości wydawanego złota, jest rozrzutny, a rozrzutność i dużo wolnego czasu nie dają pozytywnego wyniku. Tak, lubi zabawę, egzotyczne towary, nowe doznania, a przede wszystkim kobiety. Nie uważa tego za złe, nikogo nie zmusza do niczego, jest szczery i uczciwy więc tego samego oczekuje od innych. Lubi towarzystwo, zwykle ma wyrobione zdanie na każdy temat więc skory jest do dyskusji. Ma w sobie duszę podróżnika, wszędzie go gdzieś nosi, lecz lubi dość często zrelaksować się w swym domu, pójść na polowanie czy przejść się po ogrodzie. Dobrze wychowany i  nonszalancki. Często ma tendencje do zamyślania się.W branży przedsiębiorcy i handlowca trzeba wykazać się kreatywnością oraz konsekwentnym dążeniem do zaplanowanego celu, a takim człowiekiem jest Vergilius. Może się nieraz wydać arogancki, uważać się za romantyczną "jednostkę wybitną".

***


Urodzony w południowej części kraju w majętnej rodzinie szlacheckiej. Bogactwa dorobili się głównie dzięki kupiectwu. Tak naprawdę korzenie mają w bardzo ubogim chłopstwie włoskim. Vergiliusz jest najstarszym synem, któremu przypada największa część i tak dużego majątku. Miał już nawet zaplanowane małżeństwo z córką barona, lecz nie wszystko ułożyło się jak w bajce.

...Czuł na swoich dłoniach mocno trzymających rękojeść miecza spływającą ciecz z ciała, które przebiła klinga tejże broni. Ciało młode, czyste, niewinne. Ciało kobiety, nie. Młodej niewiasty. W swoim krótkim życiu doczekała się miłości, lecz nieodwzajemnionej, a zakończonej właśnie w tej chwili, poprzez zabójstwo, którego dopuścił się jej wybranek. Konała wtulona w jego ciało, choć nie w takich okolicznościach jakie wypraszała Boga w modlitwach. A z serca mężczyzny ulatywała furia, poprzez którą popełnił tą zbrodnię. Dopiero do niego docierało co zrobił. Gdy niewiasta wydała ostatnie tchnienie, a ucisk jednej jej ręki na jego szyi zelżał ułożył swoją ukochaną delikatnie na kamiennej posadce usuwając po tym ostrze z jej nieruchomego ciała. Szkarłatna ciecz pokryła całą klingę. Spojrzawszy na ten krwawy ślad odrzucił od razu broń na bok, która z metalicznym odgłosem upadła na ziemię. Vergilius przeniósł otumaniony wzrok na kolejne ciało w pomieszczeniu. Ciało barona, jego niedoszłego teścia, kanalii, człowieka który przez swoją chciwość i nienasycenie złotem chciał odebrać jemu, Vergilusowi cały majątek. Obmyślił on spisek polegający na porwaniu młodego szlachcica tuż po wydaniu swojej córki za mąż z nim, uwięzieniu go z dala od domu i pod pretekstem rozpowiedzenia nowiny o jego śmierci wyperswadowanie bogactw używając do tego podrobionej zgody szlachcica na pośmiertne oddanie własności swojej żonie czyli córce barona. Vergilius dowiedział się o tym o dziwo od swojej przyszłej żony, która tyranizowana przez ojca była zamkniętą w sobie, cichą osobą. Ale młody szlachcic przez swoją arogancję nie widział, że pod względem pieniędzy jest taki sam jak baron.
Chciał się zemścić na baronie. Zebrał część wojska z prywatnej armii ojca po czym najechał posiadłość teścia, z zimną krwią wybił garstkę straży po czym wtargnął pochłonięty szałem do budynku. Dopadł do pokoju dziennego w którym baron spędzał czas tego dnia. Nie spodziewał się, że Vergilius będzie zdeterminowany by zaatakować jego dom, a jego samego zabić pewnym pchnięciem mieczem w brzuch. Córka pojawiła się chwilę później, przerażona chciała w jakiś sposób uspokoić swojego ukochanego, ale ten gdy tylko się zbliżyła zadał jej takie samo pchnięcie jak jej ojcu.
Naprawdę nie wiedział dlaczego zafundował cierpienie tej niewinnej dziewczynie. Jednak nie miał dużo czasu by zastanawiać się nad tym bo do pomieszczenia wpadli jego żołnierze. Dowódca zaszokowany masakrą jaka tu się wydarzyła wyrwał szeregowcowi włócznię z ręki i przebił nią lewą pierś Vergiliusa na wylot ze słowami "Niech mnie powieszą, ale nie będę służył demonowi". Szlachcicowi pojawiła się gęstniejąca mgła przed oczami, a potem ciemność zasłaniająca oczy niczym puszczona z góry zasłona. Poczuł jak uderza plecami o ziemię, słyszał niezrozumiałe głosy przeradzające się w wysoki pisk, aż w końcu każdy jego narząd zmysłu wyłączył się.

- Zbudź się Vergiliusie. Nie czas na takie błahostki - w jego głowie rozległ się męski, niski głos. Bardzo przyjemny. Kiedy otworzył oczy zdziwił się bo leżał tam gdzie upadł, a nad nim stał mężczyzna około pięćdziesiątki z czarnymi, schludnie uczesanymi włosami poznaczonymi po bokach siwizną. Odziany był bardzo bogato bowiem bawełnianą białą koszulę, jedwabny bordowy płaszcz sięgający kolan, a na to luźno narzucone brązowe długowłose futro. Na szyi miał dość duży naszyjnik ze złota, a na palcach dłoni które ułożone były jedna na drugiej na metalowej główce zdobionej drewnianej laski kilka sygnetów - Lubię rozmawiać kiedy mój rozmówca znajduje się w takiej samej pozycji co ja, nie dla mnie jest wywyższanie się - podał szlachcicowi dłoń by pomóc mu wstać. Vergilius skorzystał z tego gestu i podźwignął się na nogi. Zauważył, że w miejscu gdzie powinna być włócznia nie ma nic, nawet dziury w ubraniu. Spojrzał z niedowierzaniem na nieznajomego, który uśmiechał się lekko. Po chwili młody szlachcic zapytał - Żyję? - zauważył też że pomieszczenie w którym doszło do podwójnego morderstwa nie ma ciał ani plam krwi. Poza tym ustawienie mebli było takie samo - Jesteś zarówno żywy, jak i martwy - odpowiedział spokojnie mężczyzna -  Twoja decyzja będzie kluczowa w określeniu twojego bytu bądź niebytu - zrobił przerwę wpatrując się wtedy w Vergiliusa jakby świdrując go wzrokiem - Zabiłeś swoją ukochaną, zabiłeś jej ojca, a twoi słudzy sprzeciwili się tobie. Warto jest wracać do życia? - zapytał szlachcica - Jesteś skazany na nienawiść na świecie. Morderca, może i opętany... Powiedz mi... Chciałbyś to naprawić? Chciałbyś sprawić by to wszystko się nie zdarzyło? - uniósł głowę nieco do góry czekając na odpowiedź Vergiliusa. Ten odpowiedział od razu - Tak, ale chciałbym żebyś zwrócił życie tylko tej dziewczynie. On nie zasługuje na litość. Szkoda tylko że to niemożliwe -  kiedy starszy mężczyzna usłyszał te słowa na jego twarzy wyrósł uśmiech. Uśmiech szarlatana - Rozumiem Cię doskonale. I jestem w stanie to zrobić - spod płaszcza wyjął zwinięty w rulon kawałek zażółconego pergaminu, którego rozwinął na stole - Wystarczy, że podpiszesz ten pakt - stuknął w niego główką laski -  To umowa, w której zobowiązuję się oddać życie tobie i twojej ukochanej oraz wymazaniu  tego morderstwa z umysłów wszystkich świadków, ofiar i oczywiście twojego w zamian za pomoc mi w pewnej sprawie. Ale skontaktuję się z tobą za jakiś czas. Wymagam tylko dotrzymania swojej części umowy - wyszarpał główkę laski z trzonu, okazało się, że jest ona rękojeścią noża, którego ostrze ukryte było w drewnie. Mężczyzna położył broń obok pergaminu i spojrzał na Vergiliusa - Twoja decyzja. Złóż podpis w postaci kropli krwi na tym pakcie. Będzie to zawarcie umowy nie do rozwiązania.
Szlachcic po chwili zawahania wziął nóż po czym przytknął ostrze do kciuka i przejechał po skórze by uwolnić szkarłatną ciecz by jej krople pokryły pergamin. Nieznajomy szybko zwinął pakt i schował go z powrotem pod płaszcz - Więc do szybkiego zobaczenia, Vergiliusie, powodzenia - ostatnią rzeczą jaką Vergilius zapamiętał była twarz tego mężczyzny, była dziwnie zdeformowana, wychudzona, która ma na sobie szarawą pomarszczoną skórę, a w oczodołach ziała czerń. Wtedy jego oczy znów ogarnęła ciemność.




Obudziły go jakieś wrzaski kobiety i donośny groźny głos mężczyzny. Uchylił powieki. Teraz zamiast bogato umeblowanego i ozdobionego pokoju był w śmierdzących, zimnych i ciemnych lochach. Tak, to musiałby być lochy bo czuł na nadgarstkach metalowe kajdany, które przykute były łańcuchem do kamiennej ściany. Klęczał na również kamiennej i zimnej posadzce co szybko poskutkowało bólem kolan. Nie mógł zrozumieć co miał znaczyć ten sen. I dlaczego nie jest w posiadłości barona? Już nie wiedział co było prawdą a co dowcipem jego umysłu. Te krzyki zapewne dochodzące z pomieszczenia obok były coraz głośniejsze co miało znaczyć ze ktoś tu idzie. I w końcu trzask zamka i brzdęki kluczy oznaczały, że miał rację. Drzwi ze skrzypieniem się otworzył gwałtownie uderzając o ścianę bowiem wejście umiejscowione było w rogu pomieszczenia. Do celi Vergiliusa weszło dwóch mężczyzn, sądząc po zbrojach strażnicy. Jeden z nich trzymał pochodnię, wyglądał na nieco wystraszonego, a drugi agresywniejszy ciągnął brutalnie za włosy młodą kobietę. Nie mogła się przeciwstawić. - Siadaj tu, Ty brudna krowo - zakrzyknął ten drugi - Przestań jęczeć bo naprawdę mnie zirytujesz! - pchnął dziewczynę na posadzkę, lecz niewiasta zaczęła płakać - Cholera jasna! Pożałujesz tego, że się nie posłuchałaś. Wyjdź i zamknij drzwi - ostatnie słowa skierował do swojego towarzysza po czym zaczął odpinać pas na brzuchu, a kobieta przerażona poczęła na klęczkach podsuwać się pod ścianę. Trzymający pochodnię strażnik zaproponował nieśmiało i z nutą strachu - Oszczędź jej może chociaż to... - widać że nie podobało mu się zachowanie kolegi, który odpowiedział tylko - Lepiej idź stąd, chłopczyku bo będziesz miał koszmary - na koniec zaśmiał się głośno. Tak więc wystraszony chłopak zamknął drzwi. Vergiliusz wlepił wzrok w tego psa, który znęcał się nad dziewczyną i nagle głowę szlachcica przeszył ostry ból. Jakby ktoś uderzył go młotkiem bardzo mocno w czubek głowy, a potem równie mocno w czoło. Jęknął na tyle głośno by strażnik to usłyszał. Lecz Vergiliusz nie był w stanie dosłyszeć co odpowiedział mężczyzna bo ból ciągle się nasilał. Zaczął krzyczeć, w oczodołach poczuł charakterystyczny żar jak przy dużej gorączce. Chwilę później gorąc objęło też czoło i całą twarz by potem spłynąć już w postaci pieczenia w dół po reszcie ciała. Nie wiedział nawet, że strażnik przebywający w celi podszedł do niego i uniósł jego głowę za włosy i groził przywiązaniem do koła bo był zajęty opanowywaniem bólu. W końcu kiedy otworzył oczy i nieprzyjemne uczucie zelżało uświadomił sobie, że nie widzi czubka swojego nosa. Jego ręce po chwili uwolniły się z kajdan po prostu je przetapiając. A przypominały teraz dłonie trupa, same kości, żadnych mięśni, skóry. No i płonęły, a on nie czuł nic w związku z tym. Strażnik przywarł do ściany plecami skowycząc ze strachu. Kiedy Vergilius spojrzał mu w oczy ten nagle krzyknął równie głośno jak on sam wcześniej. Rzucał się na boki jakby ktoś przypiekał go gorącym metalem, a Vergiliusz odczuł przyjemność z tego powodu. Położył dłonie na mocowaniach kajdan do ściany po czym stopił je. Zespolił dwa łańcuchy w jeden na obu końcach pozostawiając stopione kajdany. Zwinął broń w pętlę po czym podszedł do przerażonego strażnika. W jego oczach zobaczył całe zło jakiego się dopuścił ten człowiek Wtedy mężczyzna cierpiał najbardziej, a uśmiech płonącej czaszki szkieletu powiększał się. W końcu przejechał dłonią po łańcuchu który momentalnie zapłonął żywym ogniem po czym oplótł go wokół szyi strażnika i zacisnął się na niej. Wtedy też Vergiliusz odezwał się głosem przywodzącym na myśl głos żądnego śmierci demona - Jesteś winny... - strażnik natomiast płonął żywcem. Błagał, przepraszał, ale to nie wzruszyło Vergiliusa. Nie ma litości dla złych ludzi. Po chwili ofiara zamieniła się w kruchy węgiel. Jednak nie przez łańcuch, a spojrzenie potwora. Oczy strażnika wtedy zapłonęły i od oczodołów począł spływać po całym ciele czarny osad spalając całkowicie żywe ciało. Vergilius wyszarpał łańcuch z tego posągu, a ten rozsypał się niczym zamek z piasku. Kiedy zapadła całkowita cisza drzwi do celi otworzyły się i wszedł ten sam młody strażnik. Zamarł gdy zobaczył tą płonącą kreaturę, a ta z kolei spojrzała na niego oczekując kolejnej złej, przegnitej do cna duszy. Jednak ten człowiek nie skalał się złem jak jego towarzysz - Ty jesteś niewinny... - mruknął swym demonicznym głosem Vergiliusz i odwrócił się na chwilę w stronę kobiety, która zdaje się była w głębokim szoku, może nawet postradała zmysły. Nie pisnęła słówkiem tylko przerażonym wzrokiem badała to dziwne stworzenie. Vergiliusz nie oczekiwał podziękowań. Zdecydowanym krokiem ruszył w stronę wyjścia, a młodzieniec tylko odskoczył ze strachem na bok odsłaniając drzwi potworowi.

Obudziwszy się o świcie za miastem Vergiliusz znów był śmiertelnikiem. W dodatku nie miał na sobie nic oprócz więziennej przepaski i łańcucha, w tej chwili lodowatego w dotyku. Uświadomił sobie, że był niedaleko swojej posiadłości. Ruszył tam niezwłocznie.
Rodzina nie dowierzała, że ich potomek wrócił pewnego ranka co prawda ubrany jak niewolnik lecz żywy i o własnych siłach. Mówili, że baron, którego zamordował usłyszał pogłoskę, że porwano Vergiliusa dla okupu. Następnego dnia on sam zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach, nawet jego własna córka nie wiedziała gdzie się podział. Tu młody szlachcic poczuł jakby ktoś usunął mu wnętrzności z ciała. Więc jednak ten starzec dotrzymał słowa. Cały dzień przesiedział w sypialni. Jakimś cudem znalazł tam swój miecz, którym dokonał podwójnego mordu. Nie potrafił sobie tego wszystkiego ułożyć w głowie. Najpierw widzi martwe ciała swojej ukochanej i jej ojca, a potem okazuje się, że jednak dziewczyna żyje i w dodatku nic nie pamięta. Czuł się jakby miał jedną wielką dziurę w umyśle. Ze swoich problemów zwierzył się swojemu opiekunowi Godrykowi, jedynemu człowiekowi któremu ufał bezgranicznie. Był to podstarzały mężczyzna o miłym usposobieniu. Był przy Vergiliuszu od kiedy ten drugi pamięta więc żywią do siebie pozytywne uczucia. Doradził młodzieńcowi by wyprowadził się z rodzinnej posiadłości. Uważał, że przede wszystkim przypadłość szlachcica należy utrzymać w tajemnicy w obawie przed inkwizycją. Tak więc wmówiono rodzinie że Vergiliusz potrzebuje czasu na zregenerowanie się po traumatycznych przeżyciach.
W czasie przygotowań do wyjazdu szlachcic spostrzegł na swej lewej piersi ciemną szramę, dokładnie tam, gdzie wbiła się włócznia. Wyglądało to jakby martwica ogarnęła ten fragment skóry. Nie bolało przy dotyku, po prostu był to zwykły defekt na ciele.


Wraz z Godrykiem podróżowali po całym państwie zatrzymując się w jednej mieścinie dłużej, w innej zaś na parę nocy. Vergiliusz będąc świadkiem różnych złych uczynków co noc zmieniał się w demona zemsty by ukarać nieczyste dusze. Wiedział, że przybiera postać właśnie demona zemsty dzięki kilku księgom zakazanym przez inkwizycje, zdobytych na czarnym rynku. Jego zainteresowania poszerzyły się o wszystko co zakazane zostało przez Inkwizycję, zwłaszcza odnośnie Szatana, demonów, śmierci. Kiedy był świadkiem popełniania ciężkich przestępstw złość zbierała się w nim do czasu, aż nie osiągnęła maksimum. Wtedy czuł jak gorąc rozpala jego ciało, tego uczucia nie można porównać ze zwykłą gorączką bowiem było ono kilka razy silniejsze. Wiedział wtedy że kiedy słońce schowa się za horyzontem zamieni się w anioła, który oszalał z niesprawiedliwości panującej na dziele samego Boga i zaprzedał się diabłu. Nawiedzał wtedy zapamiętanych przestępców i ukazywał im jakiego bólu przysporzyli swym ofiarom. Nikt nigdy nie uszedł z życiem ponieważ przed demonem zemsty nie ma ucieczki, dusi on swoje ofiary na śmierć łańcuchem bądź spopiela je żywym ogniem, czasem też odcina głowę mieczem. Niestety jako Vergilius nie jest istotą idealną, skutek jego grzechów czuje na własnej skórze podczas przemiany w postaci bólu rozsadzającego głowę, palącego w kościach , stawach i mięśniach, duszącego. Nie może uwolnić się od tej klątwy dopóki Szatan nie wezwie go do służby co do dziś nie miało miejsca. 

W końcu następnym przystankiem podróży stało się miasteczko Norrheim, w którym zakupił sobie małą posiadłość za miastem. Mógłby zamieszkać na Wzgórzu pośród bogaczy lecz co nocne eskapady pod postacią demona byłyby niebezpieczne. Chcę Cię ostrzec: Jeśli zobaczysz w oddali postać z płonącą trupią czaszką zamiast ludzkiej głowy, w czarnej, pokrytej sadzą zbroi z charakterystycznym jednym pokrytym kolcami naramiennikiem dosiadający również czarnego wierzchowca z spopieloną, pożeraną przez żar skórą miejscami tak dotkliwie, że dojrzeć można poczerniały szkielet to musisz wiedzieć, że zemsta za Twe uczynki zbliża się do Ciebie nieuchronnie, a ostatnimi słowami jakie usłyszysz będą to wypowiedziane demonicznym głosem opętanego "Jesteś winny..."

***

Obrazek pierwszy pochodzi ze strony http://drakonis.org/

Jestem otwarty na każdego rodzaju wątki, mam tylko drobne problemy z ich zaczynaniem :)
GG podam każdemu za jego prośbą.

,,Je préfère faire l’amour plutôt que d’être amoureuse. "



| 19 lat | Francuzka | Hedonistka | Artystka |
Sztuka daniem głównym, wino półwytrawne zaś deserem. 

Przez byłych najbliższych nazywana Sorcière Rousse,
 co oznacza Rudą Wiedźmę
Aislynn la Fay
 Ais/Lynn


Jeżeli uda Ci się poznać bliżej Aislynn, dowiesz się, że jest to nieco zepsuta dziewczyna o zbyt... buntowniczym, jak na te czasy, usposobieniu. Nader często nieuprzejma, wredna, arogancka, niekiedy zdaje się być nawet wyniosła. Trudno z nią rozmawiać, preferuje słuchać, niewiele mówi. Gdy to możliwe, trzyma się z daleka od innych.  Momentami wydawać może Ci się niesamowicie ironiczna i złośliwa, nie zdziw się więc, kiedy pewnego dnia będziesz mieć przez nią kłopoty. Nie wiadomo, czy można jej zaufać, trudno ją ''wyczuć''. Nie lubi ujawniać uczuć. Jeżeli już to robi, ukazuje je czynami a nie słowami. Generalnie coś takiego jak "miłość" dla niej nie istnieje. Rzadko kiedy przyznaje się do błędu. Gdy to zrobi oznacza to, że darzy Ciebie dużym szacunkiem i uznaniem. Nie znosi, gdy ktoś narzuca jej swoją wolę.  Jeżeli się tego dopuścisz -stanie się agresywna i posunie się nawet do użycia jednego ze swych pędzli w celu pozbawienia Cię oka.  Zazwyczaj udaje jej się postawić na swoim, jeżeli nie - ponawia próbę aż do skutku.  

Powiada się, że wygląd jest jedynie okładką księgi, jaką jest charakter. 
Tylko czy w tym przypadku piękno okładki odzwierciedla piękno zawartości księgi...?

Sorcière Rousse jest średniego wzrostu (około 165 cm) istotą o szczupłej sylwetce. Twą twarz zlustruje spojrzenie brązowych oczu podczas, gdy na palec wskazujący bladej dłoni będzie nawijany ognisty kosmyk włosów. Na jej twarzy często gości lekki uśmiech, przez co wydaje się być trochę milsza niż jest w rzeczywistości. Mimo, że pochodzi z tak zwanej bogatej rodziny, nie znosi nosić drogiej biżuterii ani strojnych sukien. Jej atrybutem jest szkicownik, z którym niemalże nigdy się nie rozstaje. 

,,Je connais mes limites. 
C’est pourquoi je vais au-delà."

Z całej siódemki rodzeństwa to akurat ona okazała się być "czarną owcą". 
Rodzina nigdy nie akceptowała jej do końca, 
a szanowana była jedynie za swój talent. 
Szlacheckie życie jej nie odpowiadało, więc uciekła. 
Po pewnym  incydencie dotarło do niej, że hedonizm ma większą rację bytu, niż te wszystkie, ogólnie przyjęte zasady, którym niegdyś była wierna. 

Przyjemność istnieje dla niej, a ona istnieje dla przyjemności.  
Jest uwodzicielką.  I jest jej z tym bardzo dobrze... 



***

*Je préfère faire l’amour plutôt que d’être amoureuse. – Wolę uprawiać seks niż być zakochana
*Je connais mes limites. C’est pourquoi je vais au-delà. – Znam swoje granice. Dlatego przekraczam je. 


KP w całości jest w sumie krótka, o historii nie wspomnę . I w sumie dobrze, bo jeszcze będzie czas na rozpisywanie się pod postami i na czacie... :>